Wszem i wobec ogłaszam koniec pierwszej części. Nie wiem, czy zakończenie się spodoba, ale właśnie tak ma być ^^ a co... :)
Postaram się powrócić jak najszybciej(czyli za około dwa miesiące).
Wiem, że bardzo dużo wątków pozostało niewyjaśnionych, ale po to właśnie podzieliłam całą historię na trzy części :)
Wiem, że pojawiło się w tej części mnóstwo błędów stylistycznych i interpunkcyjnych, ale chciałam koniecznie, tę część skończyć, aby co poniektórzy mnie nie poćwiartowali ^^...
Cieszę się, że niektórzy czytają wszystko od początku. Ogromnie mnie to cieszy :)
No to chyba tyle z mojej strony.
Życzę wszystkim udanych wakacji.
Pozdrawiam.
~||~
Otwarty podręcznik od eliksirów i zaawansowanej transmutacji leżały na zimnej, ciemnej glebie. Niedaleko od nich znajdował się stosik kremowych pergaminów przygniecionych kamieniem. Tak na wszelki wypadek, aby gdzieś nie odleciały, pomimo tego, że poranek był bezwietrzny. Przy drzewie, przy którym spędzał każdą wolą chwilę, leżała brązowa, skórzana torba a ubranie, jakie kwadrans temu miał na sobie, wisiało na konarze.
Po chwili młody chłopak wynurzył się z wody. Przetarł dłonią oczy oraz włosy. Czuł się wspaniale. Takiej, wszechogarniającej radości już dawno nie odczuwał w swoim życiu.
Nagle poczuł dreszcze, jakie zaczęły przechodzić po jego ciele. Wiedział, że woda jest zimna, lecz mimo tego postanowił trochę popływać. Czy martwił się o przeziębienie? Mugolskie choroby? Odpowiedź była jednoznaczna.
Podszedł do drzewa i powoli ubrał się w ciepłe ubranie. Gdy dopinał guziki przy mankietach, zauważył, że jakaś postać biegnie w jego kierunku. Z każdym jej krokiem stawała się wyraźniejsza. Uśmiechnął się, bowiem wiedział kogo za chwilę zobaczy. Przysiadł na wystającym konarze. Nogi skrzyżował w kostkach, a ręce złożył na piersi.
- Gdzie tak się śpieszysz? - spytał na przywitanie, gdy dziewczyna była na tyle blisko, aby mogła go usłyszeć.
Ta jednak nic nie powiedziała, tylko zatrzymała się na chwilę, spojrzała niewyraźnym wzrokiem, po czym się rozpłakała i usiadła na wilgotnej trawie.
Brand wstał i chwilę przyglądał się Emily, bowiem nie wiedział, co miał ze sobą zrobić. Nienawidził, gdy ktoś płakał. W takich sytuacjach nie potrafił się w odpowiedni sposób zachować.
Postanowił jednak podejść do Gryfonki. Przyklęknął przy niej i spytał:
- Coś się stało?
Dziewczyna zadarła ku niemu głowę i odpowiedziała, łkającym głosem:
- Dobrze, że jesteś - przetarła oczy dłonią i dodała: - Miałam nadzieję, że właśnie tutaj ciebie spotkam.
- Ale co się stało? - dopytywał się, wyjmując z kieszeni chusteczkę, opatrzoną w jednym rogu jego inicjałami.
- Tylko się ze mnie nie śmiej.
Brand usiadł na mokrej trawie obok dziewczyny i podając zawiniątko, odparł:
- Musiało się coś wydarzyć, skoro się rozpłakałaś.
- I tak, i nie. Miałam zły sen.
Krukon spojrzał na nią pobłażliwie, po czym powiedział:
- Ale to chyba nie jest powód do płaczu. Wszyscy miewają złe sny...
- Tylko, że ten był strasznie realistyczny - wytarła z policzków świeże ślady po łzach.
- Chodź, usiądziemy przy drzewie i wszystko mi opowiesz.
Dziewczyna kiwnęła głową i ruszyła za nim w znanym im kierunku.
Usiedli na konarze, który wszystkim uczniom zastępował ławkę. Brand oparł się plecami o korę drzewa, rozsiadł się wygodniej i spytał:
- To co takiego ci się przyśniło, że był to powód do płaczu?
Emily spoglądała na swoje stopy i z pewnym ociąganiem powiedziała:
- Ty mi się śniłeś...
Brand się uśmiechnął:
- Od zawsze wiedziałem, że doprowadzam ludzi do łez, ale...
- Przestań! - przerwała mu podniesionym głosem. Brand raptownie spochmurniał. Spojrzał uważniej na ciemnowłosą. Może obracając wszystko w żart, nie było najlepszym pomysłem? Przesunął się bliżej Gryfonki, aby dodać jej otuchy i spytał:
- Czy coś się wydarzyło w tym śnie?
Emily spojrzała na niego z oczami pełnymi łez.
- Ty umierałeś, a ja nie potrafiłam w żaden sposób ci pomóc. Byłam czymś związana. A ty...
- Co się ze mną stało? - spytał spokojnym głosem.
- Ty, tak strasznie krzyczałeś... Błagałeś kogoś... Sama nie wiem. Ten sen... Był taki realistyczny.
Brand pozwolił dziewczynie oprzeć głowę na swoim ramieniu. Słyszał, jak co chwilę pociąga nosem. Był ciekaw, co ją tak przeraziło... Jeden sen. W zasadzie jeden nocny koszmar. Może to było związane z tym, że miał niedługo opuścić Hogwart i Emily już teraz zaczynała w pewien sposób odczuwać jego odejście. Ale przecież nie umierał. Przecież poza szkołą będzie gdzieś na świecie. A może faktycznie, zobaczyła jakąś cząstkę z jego życia. Tę ostatnią myśl bardzo szybko wypędził z głowy. Sny prorocze? To była głupota. Nawet jego babcia nie wierzyła w ten rodzaj przepowiadania przyszłości... A może specjalnie mu tak powiedziała, gdy był mały, bo wiedziała co się z nim stanie.
- Jeden sen, niczego nie dowodzi...
- Brand, to nie był jeden sen. One powtarzają się co jakiś czas...
Nie zdając sobie sprawy, pogłaskał dłonią jej ciemne włosy.
- Jak na razie nic mi się nie stało. Nie wliczając w to szramy na twarzy.
Emily spojrzała na niego, jakby szukając odpowiedzi na nurtujące ją pytania, po czym kiwnęła głową.
- Chyba muszę się przespać. Nie wiem jak ty to robisz, że o tej porze jesteś jak ranny ptaszek...
- Taką mam naturę - uśmiechnął się pod nosem. Zdjął z ramion granatowy sweter i dał Emily.
- Ja tutaj jeszcze jakiś czas będę się uczył, więc jak chcesz to możesz się zdrzemnąć.
Usiadł na zimnej ziemi i podniósł podręcznik do eliksirów. Kątem oka spoglądał jak Emily wkłada jego ubranie na siebie i chwilę przygląda się jak słońce rozpoczyna poranną wędrówkę po niebie.
- Znacznie lepiej ci w niebieskim.
Emily uśmiechnęła się i usiadła obok Branda.
- Nie będziesz miał nic przeciwko, abym oparła się o twoje ramię?
Brand oderwał się na chwilę od eliksirów, objął ją i pozwolił zasnąć. Co jakiś czas patrzył na jej spokojną twarz. Jednak niepokojące myśli nie dawały mu spokoju...
- Tak, proszę państwa. Witam wszystkich na ostatnim meczu w tym sezonie, w którym zmierzą się drużyny Ravencalwu i Slytherinu. Jak powszechnie wiadomo Krukoni są faworytami w dzisiejszym meczu i...
Michael zamknął z trzaskiem drzwi od szatni, aby choć w minimalnym stopniu jego drużyna mogła się skoncentrować. Stanął naprzeciw ławki, gdzie siedzieli wszyscy gracze. Brand poprawiał zapięcia w skórzanych butach, gdy młody Krukon rozpoczął mowę przedmeczową:
- Dzisiejszego dnia, oczekuję od was wyłącznie tego, abyście spełnili oczekiwania, wszystkich, którzy zasiądą na trybunach. Nie będę powtarzał wszelkich akcji, ani taktyki, bo wiem, że jesteście dobrze przygotowani. Wierzę w wasze możliwości... Tak więc, do dzieła. Miotły w ręce i zaczynamy zabawę!
Wszyscy gracze wybiegli z pokrzykiwaniami z szatni. Brand pokiwał z niedowierzaniem głową. Sam kiedyś też odczuwał nutkę podniecenia i adrenaliny. Może jego spokojne podejście do zbliżającego się spotkania było czymś złym, ale nadal był utwierdzony w przekonaniu, że Quidditch nie bawi go tak, jak na początku.
Spojrzał na Michaela. Uśmiechnął się na zachętę i obaj wyszli z szatni. Po chwili dołączyli do drużyny, która czekała na znak.
- Brand, podobno Ślizgoni przygotowali jakąś niespodziankę.
- Nic mnie nie zaskoczy z ich strony. Choćby mieli zaatakować w nas Rogogonem i tak damy radę.
- Obyś miał rację - Brand zachęcająco poklepał chłopaka po ramieniu. Wszyscy zawodnicy w korytarzu dosiedli mioteł i wylecieli na boisko. Michael dał znak, aby ustawili się w szyku i z ogromną prędkością przemknęli nad trybunami, robiąc przy tym dzikie ewolucje. Brandowi dudniło w uszach od nadmiaru krzyków kibiców z wszystkich trybun. Po chwili druga fala rozentuzjazmowanych uczniów wybuchnęła z drugiej strony stadionu, bowiem z szatni wylecieli Ślizgoni. Brand nie patrząc na ich popisy, powoli udał się na swoje miejsce przy tyczkach. Rozejrzał się po trybunach, na których dominowały barwy granatowe. Zieleń znajdowała się głównie w jednym sektorze - za tyczkami po przeciwnej stronie, gdzie kibicowali Ślizgoni.
Wśród widowni, która była za Krukonami, zaczął wypatrywać znajomych twarzy. Głównie jednej. W końcu ją znalazł. Stała z małym proporczykiem i machała, razem ze swoją przyjaciółką, za Ravenclawem. Ten fakt ogromnie go ucieszył. Uśmiechnął się pod nosem i postanowił rozgrzać się latając wokół tyczek.
W końcu do jego uszu dobiegł odgłos gwizdka sędziego i kolejny ryk z trybun odbił się echem po pobliskich lasach. Zauważył, że w jego kierunku nadlatuje tłuczek, który udało mu się zgrabnym unikiem minąć, lecz wtedy przez jedną z tyczek przeleciał kafel. Usłyszał jęk zawodu i odgłos komentatora:
- No i niestety. Nikt nie spodziewał się tak szybko zdobytej bramki.
Brand zerwał miotłę i krzyknął do najbliższego pałkarza:
- Jak chcecie grać o jednego zawodnika mniej, to może w ogóle nie grajcie!
Wrócił na swoją pozycję, gdy Michael strzelił wyrównującą bramkę.
Nikt nie spodziewał się tak zaciętego spotkania. Brand wychodził z siebie, starając się bronić wszystkie strzały. W większości się udawało, jednak kilka znalazło dziurę w obronie, wynikiem czego, po pół godzinie gry, na drewnianej tablicy widniał wynik 60:90 dla Ślizgonów.
Po kolejnej bramce, Brandon podleciał z kaflem w ręku do Michaela i powiedział:
- Jeśli szybko Young nie znajdzie znicza to wynik nie będzie dla nas zbyt korzystny - podał piłkę młodemu Krukonowi.
- Zdaję sobie doskonale z tego sprawę - odparł Michael i po chwili strzelił kolejnego gola.
Po kolejnym kwadransie przewaga Ślizgonów nie zmniejszyła się, co powoli deprymowało Branda. Powoli zaczynał tracić wiarę w pomyślny wynik dzisiejszego dnia. Spojrzał ku niebu, szukając pomocy i się doczekał. Zza chmur wyszło słońce, która rozjaśniło swoim światłem taflę zielonej trawy. Spojrzenia widzów zwróciły się w kierunku pędzącej dwójki zawodników, którzy zmierzali w kierunku Branda. Dopiero teraz chłopak zdał sobie sprawę, że przed nim błyszczy Złoty znicz. Zdał sobie również sprawę z tego, że jeśli się nie odsunie, to zostanie strzelony im kolejny gol, dzięki któremu mimo złapania znicza i tak przegrają mecz.
Spojrzał najpierw w kierunku pędzącej dwójki, potem w przeciwnym kierunku, gdzie leciało ku niemu sześciu zawodników i postanowił, że się nie ruszy. Trudno. Kilka siniaków więcej nie zrobi mu różnicy. Postanowił bronić najwyższej tyczki, gdzie wcześniej tak łatwo wpadały kolejne bramki.
Skoncentrował się na nadlatującym zawodniku, ścisnął mocniej drewnianą rączkę, której uczepił się z całych sił i zobaczył, że Ślizgon wypuszcza z ręki kafla. Brand odleciał kilka centymetrów i wystawił jedną rękę, dzięki której udało mu się końcem palców zmienić trajektorię lotu piłki. Po chwili jednak poczuł, jak z tyłu jego ciała, przygniata go coś do ziemi. Dokładnie wiedział co to było. Dzięki wyczulonym zmysłom usłyszał u kogoś łamanie kości i po chwili odczuł ogromny ból w zetknięciu z twardym podłożem. Na chwilę wstrzymał oddech, czując się cały obolały. Bał się, że upadek tak pogruchotał jego wnętrzności, iż zostanie z niego jedynie miazga.
Postanowił jednak powoli poruszyć ciałem, jednak żaden nerw nie odpowiedział na wołanie jego mózgu. Nagle, w jego głowie usłyszał przeraźliwy wrzask radości kibiców, będących na stadionie. Czyżby wygrali Ślizgoni? Dlaczego nie mógł poruszyć żadną kończyną? Dlaczego...
- Brand obudź się! Proszę! - usłyszał, gdzieś w oddali jakiegoś tunelu. Poczuł ogromny ból przeszywający jego ciało. Jakby ktoś łamał mu kości. Coś się przestawiało w jego ciele, co sprawiało ogromne cierpienie, doprowadzające człowieka do szaleństwa.
Jednak ten głos... Był jakiś znajomy. Stawiając kolejny krok w tunelu, ból co raz bardziej się nasilał.
- Chyba nic mu się nie stało, co? Chyba żyje? - usłyszał inny, również znajomy. Postawił kolejny krok, przez co nogi mu zadrżały.
- T0 wszystko przez ten głupi sport. To moja wina. To ja go namówiłem.
- Wszyscy odsuńcie się! - poczuł jak ktoś dotyka jego szyję. Dotyk tej osoby odczuł jak oparzenie ogniem. - On żyje. Odsuńcie się i zróbcie trochę miejsca, aby mógł oddychać. Zabierzcie pannę Black i pana Young'a do skrzydła szpitalnego.
- A co z... - usłyszał zapłakany głos jakiejś dziewczyny.
- Ja się tym zajmę.
Postawił kilka kolejnych kroków i usłyszał nad uchem głos ściszony do szeptu:
- Panie Howard. Mówi profesor McGonagall. Wiem, że gdzieś tam pan jest i mam nadzieję, że mnie słyszy - nastąpiła chwila pauzy, dzięki której Brand znów wykonał kilka kroków. Zauważył, że koniec tunelu jest co raz bliżej oraz że ból stawał się co raz mniejszy.
- Panie Howard, tacy jak my, mają zdolności do szybszej regeneracji, więc proszę się obudzić - szepnęła ponownie opiekunka Gryfonów. Brand wykonał kolejne kroki, które zbliżały go do celu.
- Obudź się! - McGonagall podniosła głos i poczuł jakby ktoś uderzył go w klatkę piersiową, aż usłyszał w płucach echo. Przystanął na chwilę i odetchnął głębiej, po czym zaczął biec. Nie wiedział na co stać nauczycielkę transmutacji. A jeśli za chwilę zechce go z bezsilności uderzać w twarz lub zacząć nim potrząsać.
- Pani profesor, z Brandonem jest coś nie tak... - usłyszał głos pełen obaw, gdy przeskakiwał białe światło.
Powoli, z ogromnym wysiłkiem otworzył oczy. Na wszelki wypadek postanowił nie ruszać się z miejsca, bo nie był pewny swojego ciała. Zamrugał kilkakrotnie, aby przyzwyczaić się do oślepiającego słońca, które górowało nad stadionem. Po chwili zauważył nad sobą dwie twarze: Emily i opiekunkę Gryffindoru, które z przestraszonymi twarzami nad nim się nachylały.
- Czy on żyje? - spytała Emily.
- Wydaje mi się, że tak. Brandon pamiętasz co się stało?
Brand spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na nauczycielkę i odparł zdawkowo:
- Nie.
- A wiesz kim jesteś? Jak się nazywasz? Gdzie się znajdujesz?
- Mam na imię Brandon i jestem... Gdzie ja jestem? Znamy się?
McGonagall wymieniła zdziwione spojrzenie z Emily i spytała ponownie:
- Jakie jest zaklęcie na otwarcie drzwi?
- Alohomora.
- Czyli pamiętasz wszystko oprócz tego kim byłeś?
Brandon podparł się na łokciach i wzruszył ramionami. Emily pomogła chłopakowi wstać i jak wskazała nauczycielka, ruszyli w kierunku szkoły, gdzie Krukon miał niezwłocznie udać się do szpitalnego skrzydła.
Następnego dnia podczas śniadania, Brand usiadł najpierw przy stole Ślizgonów, jednak niezwłocznie został z niego wypędzony. Wówczas rozejrzał się po pomieszczeniu i domyślił się, że niebieski nie pasował do zielonego, dlatego też poszedł do stołu z odpowiednimi do jego stroju barwami. Usiadł obok jakiejś grupki dziewczyn.
- Cześć, jestem Brandon.
Dziewczyny spojrzały na niego zdziwione i jedna z nich odparła:
- Cześć. A od kiedy to szanowny pan Howard nawiązuje nowe znajomości? Trzeba było siedmiu lat, abyś do nas zagadnął?
Po tych słowach dziewczyny wstały i wyszły z wielkiej sali. Brand patrzył przez chwilę jak wychodzą i sięgając po tosta marudził:
- Ja tu z otwartym sercem, a dostaję po głowie zimnym kubłem wody.
- Cześć Brand. Jak się czujesz po meczu? - d0siadł się do niego jakiś blondyn, ubrany w podobny kolorystycznie ubiór do niego.
- Jakim meczu? - spytał, nadgryzając kolejną kromkę chleba.
- No, nie rób sobie żartów. Widziałem, że wczoraj źle się czułeś i byłeś w pewnej niedyspozycji, ale wiesz... Dzięki tobie wygraliśmy!
- Nie wiem o czym mówisz - odparł po chwili namysłu, próbując zrozumieć o czym mówi do niego nieznajomy.
- Nie zachowuj się jak idiota. Dziś wieczorem robimy małe przyjęcie z okazji zdobycia pucharu Quidditcha.
- Brzmi ciekawie - odparł wypijając szklankę soku z dyni.
- Co? Masz zamiar być? Myślałem, że będziesz chciał gdzieś uciec lub się schować? Albo też zakażesz nam takich bzdur? - dopytywał się blondyn.
- A czemu miałbym to zrobić? - spytał z zaciekawieniem i zajrzał do torby, którą miał ze sobą. Zaczął powoli wszystko kłaść na stół. Były tam jakieś stare numery Proroka Codziennego, kilka czystych zwojów pergaminu oraz podręczniki do eliksirów i OPCM.
- Bo jesteś prefektem?
- Czym? - spytał Brand, oszołomiony nadmiarem informacji. Nie zauważył, kiedy nad nimi stanęła, poznana wczoraj, ciemnowłosa i całkiem ładna, dziewczyna.
- Dobrze was widzieć razem. Mike, musimy porozmawiać. To ważne - pociągnęła chłopaka za rękaw szaty.
- Dlaczego wszyscy zachowują się tak, jakbym był jakimś gburem i aspołecznym popychadłem? - spytał nagle starszy Krukon, powoli wkładając wszystko do torby.
- W pewnym sensie, zawsze trzymałeś się na dystans, Brand - odparła Emily, patrząc co też prefekt wyczynia.
- Co tu jest grane? - spytał zdziwiony Michael, próbując oderwać się od uścisku Emily, lecz ta trzymała kurczowo młodego Krukona.
- Chodź, mamy zaraz zielarstwo i po drodze wszystko ci opowiem.
- A co ja mam?
Mijały tygodnie a stan Branda pozostawał bez zmian. To znaczy wiedział, że znajduje się w magicznej społeczności. Był również świadomy swoich specyficznych zdolności. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że jego cała wiedza odnośnie magii, czarów, przyrządzania eliksirów i transmutacji pozostała na wysokim poziomie i niczego z tego nie zapomniał. Jedyną rzeczą, która się zmieniła był sam Brandon. Od feralnego upadku całkowicie się zmienił. Można by jego życie podzielić na dwie części. Tę sprzed meczu i pomeczową.
Chłopak spojrzał w swoje odbicie w lustrze i z zaciekawieniem przyjrzał się twarzy. Żałował, że nie mógł sobie przypomnieć skąd wzięła się blizna na jego policzku. Kilkakrotnie pytał Emily i Michaela, z którymi jak się okazało żył w najlepszych stosunkach, jednak ci nie potrafili mu wyjaśnić. Wspominali coś o upadku ze schodów, ale nie potrafili opisać bardziej szczegółowo, co również i ich zaskoczyło.
Odkręcił kurek z gorącą wodą, zmoczył dłonie i przetarł nimi po twarzy. Czuł się dziwnie w nowej skórze.
- Brand, dobrze się czujesz? Za kwadrans musimy opuścić wieżę, bo mamy ostatnie zajęcia z kursu tańca...
Nie znał tego głosu. Może to był jeden z chłopaków, którzy mieszkali z nim w dormitorium? Spojrzał jeszcze raz w lustro, przetarł dłonią taflę zaparowanego szkła i wyszedł z łazienki na trzecim piętrze.
- Gotowa? - spytał, stojącą przed nim brunetkę, która spoglądała na niego z uśmiechniętymi oczami. Wiedział, że te zajęcia sprawiają Emily ogromną radość, pomimo tego, że nie był zbyt dobry w tańcu.
Położył jedną rękę na jej pasie, drugą złapał dłoń i po chwili, razem z kilkorgiem innych par zaczęli walc wiedeński. Profesor McGonagall co chwilę strofowała go wzrokiem pełnym dezaprobacji, natomiast Emily uśmiechała się widząc, że Brand w końcu znalazł coś w czym nie był genialny i co sprawiało mu równie dużą trudność, co transmutacja młodej Gryfonce.
- Czy przed tym upadkiem z miotły, o którym mi wspominałaś też tak kiepsko tańczyłem?
- Chyba gorzej.
Brand uśmiechnął się, lecz w tym momencie nadepnął na stopę Emily przez co całkowicie stracił swoją pewność siebie.
- Przepraszam.
W tym samym czasie podeszła do nich opiekunka Gryffindoru. Spojrzała na parę, która wstrzymała taniec i powiedziała:
- Rozumiem, że pan Howard przez swój zanik pamięci o kilku rzeczach zapomniał, ale musi pan wiedzieć, że z takim tańcem nie dopuszczę pana do otwarcia balu.
- Akurat o tym nie zapomniałem - odparł, ustawiając się do pierwszej pozycji.
- To w takim razie proszę się wziąć do roboty.
Dwa dni później na tablicy pojawiły się trzy ogłoszenia. Dwa dotyczyły zbliżających się egzaminów, natomiast ostatni przypominał o zbliżającym się balu. Brand przyglądał się przez chwilę mieniącemu się jasnymi kolorami pismu, które dotyczyło Owutemów. Przechylał głowę to w prawo, to w lewo, bawiąc się paletą kolorów, gdy usłyszał obok siebie:
- Gotowy na egzaminy końcowe?
- Jasne, a ty, Mike? - spytał od niechcenia, zakładając torbę na ramię ostatni raz w swoim życiu.
- Sam nie wiem - zamyślił się przez chwilę blondyn. - Jeśli coś słabiej napiszę, nie zawalę swojej kariery aurorskiej, w przeciwieństwie do ciebie.
- To mnie pocieszyłeś...
Wyszli z pokoju wspólnego i powolnym krokiem przemierzali szkolne korytarze, aby udać się na śniadanie.
- Słyszałem, że będziecie mieli do przejścia labirynt - zagadnął Michael.
- A ja, że walkę ze smokami bez różdżek, przygotowanie trucizny dla Slughorna oraz przeczytanie dla Hogwartu przyszłości ze szklanej kuli na najbliższe dziesięć lat, co jest w moim przypadku kompletnie niemożliwe, bo nie zdaję wróżbiarstwa.
- Ale to nie plotka - mówił podekscytowany Mike. - Wczoraj podsłuchałem rozmowę McGonagall z tym dziwnym gajowym, mieszkającym pod lasem.
- Mike, w Howart'cie można się wszystkiego spodziewać, jak choćby...
- Utraty pamięci? - dokończył za Branda, Michael uśmiechając się posępnie.
- Dobry przykład, młokosie. Będę się zbierał na ostatnie zajęcia w moim życiu w tej szkole - odparł, gdy byli niedaleko wielkiej sali. Nagle Brandowi odechciało się jedzenia, ponieważ ta rozmowa zaczynała go nudzić.
- No dobra, to do zobaczenia na balu.
- Jak to? - spytał zaskoczony Brandon.
- Pewna, piękna krukonka zaproponowała mi, abym z nią poszedł na bal.
- I się zgodziłeś?
- A ty nie skorzystałbyś z takiej okazji? - wyszczerzył się od ucha do ucha.
- Powodzenia - następnego dnia Brand krzyknął za oddalającą się dwójką młodych czarodziejów, którzy kierowali się w stronę Wielkiej Sali, aby napisać egzamin z historii magii. Przez chwilę przyglądał się jak siadają na wyznaczonych miejscach a sam udał się w kierunku szkolnego jeziora. Zauważył, że są już tam wszyscy i profesor McGonagall rozpoczęła procedurę egzaminacyjną.
- ... wszyscy, którzy ukończą dzisiejszy egzamin, jutro stawią się w sali od transmutacji, aby odbyć kolejny etap. Mam nadzieję, że dzisiejszego dnia wszyscy ukończą z wynikiem pozytywnym. Życzę powodzenia.
Na specjalnym podwyższeniu stanął profesor Slughorn i powoli wyczytywał poszczególnych uczniów, którzy mieli odbywać egzamin w innym miejscu, na terenie zamku. Wszyscy musieli znaleźć specjalny manuskrypt, który miał im pomóc w popołudniowym egzaminie z eliksirów.
- Teraz odczytam Krukonów! - Brand przez chwilę nasłuchiwał kolejne nazwiska, aż w końcu usłyszał swoje: - Howard, Brandon - główna brama wejściowa Hogwartu.
Krukon szedł powolnym krokiem, starając przypomnieć sobie przydatne zaklęcia, nie wiedząc, czego się spodziewać...
Brand stał przed lustrem i zapinał ostatnie guziki wieczorowej szaty, którą zakładał na pożegnalny bal. Miał wrażenie, że dopiero co zaczęły się Owutemy i płomyczek podniecenia zmieszany z niepokojem powoli w nim się rozpala... Egzaminy się skończyły i wszystko wróciło do normy. W pewnym stopniu czuł się zawiedziony, ponieważ sądził, że w trakcie egzaminu z transmutacji przypomni sobie choć część z dawnego siebie. Może na zbyt dużo liczył?
Spojrzał krytycznym wzrokiem na swoje odbicie. Nie wyglądał najgorzej. Wszystkie włosy postanowił zaczesać do tyłu, pachniał wieloma rodzajami mydeł, znajdującymi się w łazience prefektów. Jednym słowem, wygląd idealnie komponował się z jego nową osobowością. A może brakiem osobowości?
- Chyba nie ma powodów do narzekania? - spytał sam siebie. Wziął czerwoną różyczkę, którą przygotował dla Emily i udał się powoli w okolice ogromnego portretu, na którym znajdowała się puszysta kobieta.
- Na kogoś czekasz, przystojniaku?
- Nie trudno się domyślić - odrzekł i złożył ręce na piersiach, opierając się plecami o zimną ścianę. Po kilku minutach, które Brandowi wydawały się wiecznością, portret się rozchylił i pojawiła się Emily. Miała na sobie ognistoczerwoną sukienkę, która z przodu sięgała jej do kolan, natomiast z tyłu ciągnęła się delikatną falbaną do ziemi. Dziewczyna stała wpatrzona w dywan znajdujący się na podłodze. Brand zauważył, że Gryfonka jest strasznie zdenerwowana. Podszedł do niej i podając jej czerwoną różyczkę, powiedział:
- Ślicznie wyglądasz - dziewczyna podniosła głowę, aby móc dojrzeć jego twarz i na jej ustach zagościł uśmiech.
- Och, jaka piękna. Dziękuję - odparła Emily, sięgając po kwiat. - Ale nie wiem, co z nim zrobić... Boję się, że zwiędnie.
Brand uśmiechnął się pobłażliwie.
- A podobno to ja mam problemy z pamięcią - za pomocą magii zwinął łodyżkę tak, aby przyjęła kształt bransoletki i włożył Gryfonce na prawy nadgarstek. Następnie podał jej swoje ramię i ruszyli w kierunku Wielkiej Sali.
Po drodze minęli kilka śpieszących się par. Oni natomiast powolnym krokiem, jakby w ogóle nie mieli w planach balu, na który i tak byli już spóźnieni. Czas się nie liczył.
- Może się przespacerujemy po błoniach? - spytał nagle Brandon.
- A pierwszy taniec?
- Przecież wiesz, że kompletnie sobie z tym nie radziłem. Po co mam popsuć komuś najważniejszy dzień w ich życiu.
- A w moim?
Brand się nie odezwał tylko pociągnął Emily w kierunku wyjścia na błonia. Czuł, że dziewczyna jest na niego zła i nie zabraniał jej tego. Będąc nad jeziorem Emily wyrwała się z jego, mocnego uścisku.
- Brand, przestań!
- Co mam przestać?
- Zachowywać się egoistycznie!
- Pomyślałem, że zatańczymy w bardziej sprzyjających warunkach - odparł, wzruszając ramionami. Włożył ręce do kieszeni i przysiadł na konarze wystającego drzewa. Gdzieś z daleka słyszalne były pierwsze dźwięki orkiestry, jednak ten drobny fakt nie interesował młodego chłopaka, który teraz przyglądał się zagubionej dziewczynie. Stała rozglądając się wokół siebie. W tafli jeziora odbijał się księżyc, który rozjaśniał całe niebo.
- Przepraszam - nagle usłyszał, gdy Emily stała zwrócona w kierunku srebrnej kuli. Brand podszedł do czarnowłosej i spytał:
- Czy mógłbym prosić do tańca?
Emily się odwróciła i dotknęła wystawionej dłoni Brandona. Złapała go w taki sposób, jakby się bała, że zaraz gdzieś zniknie.
- Brandon?
- Tak?
- Kiedyś opowiadałam ci, gdy tutaj byliśmy o pewnym śnie...
- Mów dalej.
- Wiem, że tego nie pamiętasz, ale śniło mi się, że umierałeś. Podczas meczu Quidditcha myślałam, że to się właśnie stanie.
Brand przystanął i spojrzał na twarz dziewczyny, która pokazywała smutek i troskę. Widział także, jak Emily stara się powstrzymać łzy, co widać było w jej oczach.
- Nie płacz... Nic mi się nie stało.
- Ale kiedyś się stanie.
- Każdy musi kiedyś umrzeć... - po policzkach Gryfonki zaczęły spływać łzy. Brand przetarł delikatnie kciukiem jej zaróżowione policzki i pod wpływem wewnętrznego impulsu, złożył na jej ustach pocałunek. Sam do końca nie wiedział, co robi. To wszystko się działo tak szybko, jak obrazy, które zaczęły pojawiać się przed jego oczami. Wspomnienia z dzieciństwa, ze szkoły... To kim był, kim chciał zostać w przyszłości.
Jego plany oraz świadomość opuszczenia na zawsze Hogwartu. Na zawsze. Skoro tak, to po jaką cholerę, robi tej dziewczynie jakiekolwiek nadzieje? Po co? Przecież to wszystko nie miało sensu...
Gdy on zacznie uczyć się na aurora, życie prywatne zejdzie na dalszy plan. Brak czasu, więcej problemów... Nie lepiej to zakończyć, zanim wszystko się jeszcze na dobre nie rozpoczęło?
Odsunął się od Emily, odwrócił plecami i powiedział:
- Przepraszam.
- Brand, co ci się stało?
- Przepraszam... - ponownie powiedział i ruszył w kierunku zamku.
- I to wszystko, co od ciebie mogę usłyszeć?! Ty cholerny egoisto! Nie chcę ciebie znać! Nienawidzę cię, słyszysz? Nienawidzę!
Szary dymek w mlecznej kuli co chwilę zmieniał kształty, pozostawiając w osłupieniu starą kobietę, która z uwielbieniem patrzyła na magiczny przedmiot. Jej wyraz twarzy zmieniał się z każdym, kolejnym, na pierwszy rzut oka, bezkształtnym oparem, znajdującym się wewnątrz szklanego naczynia. Po chwili kobieta energicznym gestem zrzuciła kulę na dywan. Oparła się plecami o miękkie oparcie głębokiego fotela i spoglądała nieodgadnionym wzrokiem w kierunku płonącego kominka. Po chwili w saloniku pojawiła się młoda skrzatka i spytała, widząc na podłodze magiczny przedmiot:
- Czy coś się stało, pani Teodoro?
- Jeszcze nie, ale się stanie... - westchnęła starsza kobieta.
- Czy chodzi o pani wnuczka? - dopytywała się skrzatka, ustawiając magiczną kulę na swoje miejsce.
- Tak Lodka, życie Brandona mieni się w różnych odcieniach barw.
- Czy to źle?
- Jeszcze tego nie wiem, moja mała...
Najciekawsze w życiu bywa to, że przyszłość jest jedną, wielką zagadką. Uczymy się na błędach i staramy się już ich więcej nie popełnić. Dobre i złe wspomnienia kształtują nas jako ludzi...
Jednak najszczęśliwsi jesteśmy, mogąc przeżywać je z najbliższymi, bowiem dzięki temu zapamiętujemy drogocenne chwile z podwójną siłą... Z tą jedyną osobą, która jest drugą połową, przeznaczoną dla nas. Bez niej nie potrafimy oddychać i żyć pełnią życia.
Wówczas, egzystujemy w społeczeństwie...
~||~
p.s. przeszłam chyba samą siebie. dziewięć stron w Wordzie ^^
Przyznam, ze zaskoczyła mnie pani straszliwie tą nagłą... 'utratą pamięci' Brandona.
Myślałam, że już jej nie odzyska.
Chociaż, taki zagubiony i przysiadający się do Ślizgonów wcale nie był taki zły ^^
I to naprawdę było wredne, to co zrobił Emily ==
No, boż do jasnej cholery, po pierwsze, jako auror nie musiałby olewać swojej rodziny i po drugie, to mógłby jej chociaż wytłumaczyć o co chodzi ==
I jak myślałam, że Brand się zmieni, tak na początku opowiadania zaczęło mi się wydawać, to teraz i tak mam wrażenie, że chłopak wraca do punktu wyjścia. ==
Bies 19 08 09 / 17:08:21
brak www IP: 213.158.196.68
Rozdział numer osiem raczył był się pojawić :}
Bies 12 08 09 / 13:50:35
brak www IP: 213.158.196.119
Hola. U mnie ostatnio rozdział :)
Lady Carmen 11 08 09 / 16:30:25
brak www IP: 91.94.96.15
niesamowite opowiadanie. weszłam tu już któryś raz z kolei i jak zawsze siedzę po przeczytaniu twojej wbita w fotel. takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam. tyle zdążyłaś zamieścić w jednej notce! genialny pomysł z tą utratą pamięci. ale dlaczego powiedz mi ona nadal chce odejść? i co z e.? właśnie! biedna e.!
jestes w fav
one face 29 07 09 / 16:17:53
brak www IP: 83.9.35.42
Po pierwsze: super rozdział. Nie będę się rozpisywać po raz kolejny za co cię tak uwielbiam.
Po drugie: piękny szablon. aż mnie wcięło, jak go zobaczyłam.
Po trzecie: u mnie pojawił się nowy rozdział. Zapraszam
Pozdrawiam
Bebe 28 07 09 / 15:43:54 http://wieksze-dobro.blog4u.pl IP: zalogowany
Powiadamiam ^^ Rozdział numer siedem raczył był się pojawić ^^
I tak jeszcze zauważę, bo ja może mam pecha do A lot of, ale znowu link do rozdziału numer 9 odsyła mnie do rozdziału numer 8...
Hola. Zapraszam serdecznie na pierwszą część rozdziału XVI :)
No! Ładniejszy ten szablon od poprzedniejszego (niestety na swoim blogu mam jeszcze ten twó stary, ale zmienię!) Podoba mi się nagłówek. Jest tak samo ładny jak ten z czerno, czerwonego szablonu
No ale mogę się do czegoś czepnąć. Czarne litery na tym niebieskim tle są mało widoczne, do tego zachodzą jedna na drugą.
...
Nie mam wglądu do całego Twojego kodu, ale wydaje mi się, że błąd jest w 'rama2' zapewne line-height jest mniejsze niż font-size. Najlepiej żebyś wykasowała to line... bo ono jest dobre jak masz ramkę i z obrazkiem w tle. Dajesz line aby się cały obrazek wyświetlał... no przynajmniej tak mi się wydaje xD
A mam takie pytanie. To a lot of nie lepiej dać pod brandona? Nie to żebym ja coś miałam to tzrech ramek... ale tak jakoś mi się wydaje tam ramka a lot of piątym kołem u wozu. albo zrównać ją z autorką, albo autorkę tak poszerzyć by znajmowała szerokość i brandowan i a lot of
bosskie to zdjęcie ^^
Lady Carmen 27 06 09 / 20:27:51
brak www IP: 91.94.143.95
Jeśli ktokolwiek chce być powiadamiany o kolejnych częściach, niech niezwłocznie dokona wpisu w księdze. Poświęcenie pięciu minut naprawdę ułatwi mi dotarcie do wszystkich, którzy tego pragną.