Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział 9.

Zapraszamdo czytania

Inspiracja:


MusicPlaylistRingtones
Create a MySpace Music Playlist at MixPod.com


Rozdział 9.

Po dość długich zmaganiach z tym rozdziałem, postanowiłam w końcu go dodać. Nie wiem czy się spodoba. Nadal nie jestem, co do niego przekonana.
To tyle.
Miłej zabawy w czytaniu.
Pozdrawiam.

*


"I co mam zrobić? Wiem, że ojciec dopuściłby się do takiego czynu. Był zdolny do gorszych rzeczy... Ale czy może być coś gorszego od śmierci? Od zabicia niewinnych ludzi? Bo cóż oni zawinili... A jeśli to była pomyłka... Jeśli Emily nie znała całej prawdy? Przecież była mała, gdy to miało miejsce... Może sobie coś wyobraziła?"

W gruncie rzeczy, Brandon wierzył Emily. Wiedział, że dziewczyna nie skłamałaby dla własnej przyjemności. Jednak to na nią był mimowolnie wściekły, bo usłyszał tę informację właśnie z jej ust. Musiał kogoś obwiniać... A najprostszym rozwiązaniem było winić niewinną osobę. Kogoś, kto w najmniejszym stopniu nie miał z tą sprawą nic wspólnego. Jej jedynym błędem było to... że to właśnie ona opowiedziała mu o wydarzeniu sprzed lat.

Jego skomplikowane relacje z ojcem. Zbyt wysoko uniesiona duma i może w pewnym stopniu strach przed prawdą. To wszystko sprawiało, że od tygodnia nosił się z zamiarem napisania listu do ojca. Napisania kilku stron pełnych żalu i złych emocji... Pełnego szczerej nienawiści i sprzecznych uczuć.

"Dlaczego przez tyle lat nie powiedział o tym ani słowa? Przecież miał świadomość, że dziecko Cooper'ów, chodzi z nim do szkoły..."

Był już tym wszystkim zmęczony. Potrzebował odpoczynku, spokoju...

Na szkolnych korytarzach starał się omijać Emily szerokim łukiem. Niestety wieść o tym, że nie jest związany z żadną dziewczyną, rozniosła się w zawrotnym tempie. Miał już tego serdecznie dość. Każdego ranka kilka listów miłosnych oczekiwało na niego na nocnej szafce lub łóżku. Większość oczywiście anonimowych. Różowa papeteria, dziwne dobiegające z nich zapachy... Irytowała go powierzchowność wszystkich dziewczyn. Stworzyły sobie jakieś wyobrażenie o nim, jedynie na podstawie jego wyglądu. Przecież nie jest ani czarujący, ani miły... Nie potrafi się zaprzyjaźnić. Ma problemy w kontaktach z innymi ludźmi...
A mimo to, w listach czytał, że jest ideałem, spełnieniem marzeń. Jakaś dziewczyna cieszyła się, że na nią spojrzał podczas śniadania i opisywała uczucia jakie nią targały przez kilka stron. Po takich listach czuł, że jest mu nie dobrze...

Spojrzał na swoje odbicie w tafli jeziora. Ten wieczór był wyjątkowo ciepły jak na pierwsze dni lutego. Oparł się plecami o pobliskie drzewo.
- Głupio postąpiłeś - usłyszał za sobą znajomy głos, jednak nie odwrócił się w stronę rozmówcy, który kontynuował: - Przecież wiesz, że Emily nie miała z tym nic wspólnego. Nie rozumiem, dlaczego to właśnie ją obwiniasz?
- Stchórzyłem... - odparł niepewnie Brand, spoglądając przed siebie. Michael podszedł do niego i stanął obok.
- Nadal nie rozumiem. Wiesz, że to nie była jej wina. Dlaczego więc, wściekasz się na nią? Bo powiedziała ci prawdę? Może ja powinienem był ci o tym powiedzieć? Wtedy obwiniałbyś mnie, za coś czego nie zrobiłem... A raczej czego twój ojciec nie zrobił...
- Nie wściekam się na Emily... Ani na ciebie. Wkurza mnie to, że przez tyle lat żyłem w przeświadczeniu, że mój ojciec był idealnym czarodziejem... Przez pewien czas nawet był dla mnie wzorem do naśladowania.
- A teraz na twoim obrazku pojawiły się rysy? - spytał zaciekawiony Michael.
- Nie teraz. Rysy pojawiły się już kilka lat temu. Teraz ten obrazek płonie i jakoś nie mam ochoty, aby go ugasić.
- Chyba rozumiem o co ci chodzi. Może powinieneś porozmawiać o tym z Emily...
- Nie wiem, czy jest sens. Nie mam siły i chęci na naprawianie czegoś, czego nigdy nie było.
Brand ruszył w kierunku zamku, jednak w pewnym momencie przystanął. Odwrócił się i rzekł do Michaela: - W sumie to nie jesteś taki zły za jakiego cię uważałem. Jakbyś nadal potrzebował mojej pomocy, to jestem do dyspozycji, ale grać nie będę.
Młody Krukon uśmiechnął się promiennie. Brandon włożył ręce do kieszeni i poszedł ze zwieszoną głową do zamku.

- Panie Howard bardzo proszę, aby tym razem nic się nie stało. Ostatnim razem, gdy pan zaszczycił nasze progi skończyło się to pańskim, nagannym zachowaniem - powiedziała pani Pince, gdy Brand pojawił się w drzwiach biblioteki. Chłopak usłyszał chichoty, dobiegające gdzieś z głębi czytelni.
- Myślałem, że w bibliotece nie można głośno rozmawiać - zripostował Brand i z triumfalnym uśmiechem skierował się w stronę ulubionego stolika, gdzie rozłożył swoje szpargały.
Nie zdążył się do końca wypakować, gdy przyleciała do niego zaczarowana, bladoróżowa karteczka.
Krukon rozwinął zawiniątko, ciekawy co tym razem będzie wychwalane w liście. Stawiał na oczy. Jednak tym razem się przeliczył:

"Słyszałam, że teraz nie masz z kim iść na pożegnalny bal dla siódmoklasistów. Mam nadzieję, że będę jako pierwsza na Twojej liście.
G."

Brand zmiął karteczkę w kulkę i odłożył na bok, jakby zawiniątko go oparzyło. Jakby była w nim zawarta trucizna. To śmieszne. Owy bal miał się odbyć pod koniec czerwca. W dzień po zakończeniu Owutemów. Czyli były jeszcze jakieś cztery miesiące. Cztery miesiące w ciągu których mogło się jeszcze wiele wydarzyć...
Postanowił nie zaprzątać sobie głowy takimi błahostkami i wrócił do powtarzania materiału z eliksirów.

Znowu to się stało. Złapał czwartorocznego Ślizgona, gdy ten uprzykrzał życie pierwszoroczniakowi z Gryffindoru. Ale co mógł zrobić? Odjąć Ślizgonowi parę punktów, dać szlaban... Nic poza tym, a takie sytuacje były coraz częstsze.
To już stawało się nie do zniesienia. W skrzydle szpitalnym nie było dnia, aby jakiś uczeń trafił tam z jakimiś obrażeniami po pojedynkach. Przecież wiadome było, że młodsi uczniowie stoją na straconej pozycji. Mniej umieją, mają mniejsze doświadczenie...
Jednak największy cios przeżył pewnego dnia, gdy przed zajęciami zajrzał do pani Pomfrey, aby rozeznać się w kolejnych ofiarach.
Na jednym z łóżek leżała Emily. Początkowo, Brand nie potrafił wykonać żadnego ruchu. Stał jakby skamieniał. Nie zdawał sobie sprawy, że z nagłej wściekłości i oszołomienia ściskał dłonie w pięści. Dopiero głos Michaela przywrócił go do świata rzeczywistego:
- To stało się wczoraj wieczorem. Dostała jakiś list i z uśmiechem na twarzy wybiegła z dormitorium. Znaleziono ją dziś nad ranem.
Brand podszedł do łóżka, gdzie leżała ciemnowłosa dziewczyna. Jej twarz oraz ręce zostały okaleczone kilkudziesięcioma małymi ranami. Włosy miała sklejone od krwi. Brandon miał problem, aby opanować nerwy. Został nauczony, aby nie okazywać słabości, jednak w tym przypadku nie wytrzymał. Łamiącym się głosem spytał:
- Michael, wiesz kto mógłby coś takiego zrobić?
- Parę osób twierdzi, że to ty... Ale ja nie wierzę plotkom.
Starszy Krukon spojrzał morderczym wzrokiem na Michael'a i ile miał sił w nogach udał się do zakazanego lasu. Będąc w bezpiecznej odległości od zamku, na tyle, aby nikt go nie zauważył, zmienił się czym prędzej w wilka i zaczął biec. Próbował opanować swoje nerwy, swoją wybuchowość. Zauważył, że jedynie zmęczenie sprawia, iż potrafił się opanować. Biegł przez las, nie zwracając uwagi, że lekcje już dawno się rozpoczęły. Nie zaprzątał sobie głowy, że zapewne dostanie szlaban od McGonagall. Przestało mu na tym wszystkim zależeć. To wszystko była wyłącznie jego wina... Starał się nad wszystkim zapanować, ale nie potrafił. Stracił kontrolę...
Biegnąc, gałęzie krzewów i niższych drzew smagały pysk szarego wilka. Las zaopatrzony był w wiele występów i nierówności, z czego Brand był zadowolony, bowiem co jakiś czas tracił równowagę, przez co kilkukrotnie zarył pyskiem w zimną ziemię. Im większy ból i zmęczenie, tym odzyskiwał wewnętrzny spokój...
Wybiegł ostatkiem sił na polanę, która została oświetlona promieniami zimowego słońca. Obłok pary wydobywał się z jego pyska. Nie wiedział, jak długo biegł. Cieszył się, że opanował w końcu emocje, które nim miotały. Poczuł swego rodzaju ulgę...
Jednak nie sprawiło mu to całkowitej satysfakcji. Czuł się winny, że Emily coś się stało. Powinien był się z nią pogodzić, dumę schować do kieszeni i dać jej poczucie bezpieczeństwa. A sprawę z ojcem zostawić na inny, lepszy okres...
Przemienił się ponownie w postać ludzką i padł, jak długi na ziemię, która tylko w tym miejscu była zarośnięta zielonym mchem. Zmęczony, usnął.

Wrócił do zamku jeszcze tego samego dnia. Na granicy Zakazanego Lasu i terenów otwartych, należących do zamku, przemienił się z postaci zwierzęcej w ludzką. Cały brudny, ręce oraz twarz miał poranione od ostrzejszych krzewów. Ku jego ogromnemu niezadowoleniu, czekała na niego przed zamkiem profesor McGonagall. Jak zwykle wyglądała schludnie. Na jego widok założyła ręce na piersi i zaczęła tupać nerwowo prawym butem. Rozejrzał się za najlepszą drogą ucieczki, jednak nie potrafił znaleźć jakiegokolwiek racjonalnego wyjścia z tej niezręcznej sytuacji...
Włożył ręce do kieszeni, zwiesił głowę i postanowił stawić czoło problemom, w które się wpakował. Stanął naprzeciw opiekunki Gryffindoru.
- Długo tak pani stoi? Nie lepiej było przejść się na spacer? Takie stanie na zimnie może spowodować przeziębienie...
- Widzę, że humor ci dopisuje - obdarzyła go niezbyt przyjemnym wzrokiem i dodała ostrym tonem: - Marsz do mojego gabinetu, ale to już!

- Widziano cię, jak wczorajszej nocy rozmawiałeś z Emily - powiedziała z zaciętą miną profesor McGonagall, siadając za biurkiem. Brand spojrzał na nią zdziwiony i raptownie pobladł.
- Kto takie brednie opowiada?
- Nie ważne kto... Czy to prawda?
- Nie. Wczoraj siedziałem w pokoju wspólnym Krukonów i robiłem wypracowania. Spędziłem nad nimi dwie godziny i o dziesiątej poszedłem spać.
- Czy ktoś to może potwierdzić?
- Wszyscy którzy siedzieli w tym czasie w pokoju?
- Nazwiska.
Brand zdał sobie dopiero teraz sprawę z tego, że nie potrafiłby wymienić choćby jednego nazwiska. Od samego początku trzymał się z daleka. Nie nawiązywał kontaktów. Nie miał pamięci do imion, a co dopiero do nazwisk...
Usiadł na sofie, w miejscu, gdzie kiedyś spędził tyle czasu podczas szlabanu. Pogładził sofę w miejscu, gdzie wtedy znajdowała się Emily. Musiał przyznać, że tamten okres był mimo wszystko najszczęśliwszym czasem spęczonym w zamku.
Milczał.
- Kompletnie nie wiem jak z tobą rozmawiać, Brandon. Od początku widziałam, że w pewien sposób się wyróżniasz... Myślałam, że oprócz wiedzy i niesamowitych zdolności, wykażesz choćby krztę zainteresowania otaczającym cię światem. Potem zauważyłam, że nie da się z tobą rozmawiać. Próbowałam... - nagle opiekunka Gryfonów zaniemówiła, co nie wróżyło niczego dobrego.
Chłopak spojrzał za okno. Totalna ciemność i pustka. Aura idealnie odzwierciedlała jego samopoczucie... Jeszcze brakowało deszczu i burzy z piorunami. Nie minęła chwila, gdy zaczęło padać i gdzieś nad horyzontem rozpostarł się siarczysty błysk, za którym dał się słyszeć pomruk.
- Wszystko według życzenia - szepnął do siebie na widok pogody.
- Słucham?
- Przepraszam. Chciałem tylko powiedzieć, że jestem niewinny. Nic nie zrobiłem...
- To za mało. Muszę wiedzieć...
- Skoro tak pani na tym zależy to powiem wszystko, co wiem - wstał i podszedł do biurka. - Kilka dni temu spotkałem grupę Ślizgonów, którzy straszyli młodego Gryfona. Przypuszczam, iż więcej szczegółów powinna pani dostarczyć Amelia Black.
McGonagall spoglądała nieprzytomnym wzrokiem na Branda, który na twarzy nie okazywał żadnego uczucia. Po chwili chłopak spojrzał na drzwi, potem swój wzrok ponownie przeniósł na opiekunkę Gryffindoru i odparł półszeptem:
- Jeśli to wszystko, mogę już odejść?
- Niestety nie. Nie spodobało mi się to, że nie pojawiłeś się dziś na moich zajęciach. Dowiedziałam się również, iż na innych również nie zaszczyciłeś swoją obecnością. Nie obchodzi mnie, co było powodem. Domyślam się, że dla przyjemności nie przechadzałeś się po Zakazanym Lesie. Dlatego też, będę musiała pomyśleć nad karą. Tymczasem twój ojciec chciał z tobą porozmawiać.
Krukon raptownie pobladł na twarzy i postanowił wrócić na sofę. Rozsiadł się wygodnie, przyjmując swoją, nonszalancką pozę, jednak w rzeczywistości był spięty jak nigdy dotąd. Do tej rozmowy, prędzej czy później, musiało dojść. Czym prędzej odwinął rękawy koszuli, aby zakryć zakrwawione ręce a dłonie schował do kieszeni, aby nie było śladu jego eskapady.
Po chwili McGonagall opuściła gabinet, aby jej miejsce zajął Steven Howard. Jego wygląd przypomniał Brandowi mugolskiego urzędnika. Ubrany w modny szary garnitur i tegoż samego koloru spodnie, spod których wystawały czarne, połyskujące spodnie. Po ostatnim wypadku nie było ani śladu. Żadnego dowodu, który byłby widoczny gołym okiem.
Mężczyzna na widok syna uśmiechnął się, jakby ich ostatnia kłótnia nigdy nie miała miejsca. Steven usiadł na sofie, znajdującej się naprzeciw syna i wygodnie się usadawiając, rzekł:
- Miło cię widzieć.
- Co tu robisz? - spytał Brand na przywitanie.
- Miałem spotkanie z dyrektorem i przy okazji postanowiłem z tobą porozmawiać.
- O czym?
- O twoich ostatnich wyborach i decyzjach.
- Czyli skończyliśmy rozmowę - chłopak wstał i ruszył w kierunku drzwi, starając się nie słuchać ojca.
- Siadaj z powrotem - powiedział spokojnym tonem Steven. - O co ci chodzi, Brandon? Dlaczego jesteś taki uparty? Dlaczego nie możesz być jak inne dzieciaki w twoim wieku?
- Nigdy nie będę jak inne "dzieciaki", ponieważ one, w przeciwieństwie do mnie, wychowywały się w normalnych domach. Z dwójką rodziców.
- Nie rozumiem - Steven raptownie pobladł, w gruncie rzeczy dokładnie wiedział, o co chodzi jego pierworodnemu.
- Dla mnie już dawno przestałeś istnieć. A dzięki kilku ostatnim wydarzeniom stwierdzam, że dobrze się stało. Dzięki temu łatwiej mi uwierzyć, że ty także popełniłeś kilka błędów w swoim życiu, więc może pozwolisz mi także je popełnić? - odparł z wrzutem Brand, podchodząc do okna. Kolejna błyskawica rozpostarła horyzont.
- Dobrze. W takim razie, jeśli uważasz, że szkoła aurorska będzie tym czego pragniesz, zgodzę się.
- Dlaczego? Dlaczego tak łatwo? Do tej pory jakoś nie wyrażałeś zbytniej aprobaty...
- Robisz problemy. Czy nie powinieneś się cieszyć, że się zgodziłem? Czy to właśnie o tym nie marzyłeś?
Brand nie odpowiedział tylko zaatakował ojca:
- Dlaczego zabiłeś rodziców Emily Cooper? Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałeś? Ani ty, ani matka?
- A więc to są te wydarzenia, przez które mnie znienawidziłeś? - zamyślił się Steven, spoglądając na podłogę.
- Między innymi... - odwrócił się czując, że ma nad ojcem psychologiczną przewagę.
- Kiedy będziesz aurorem, dowiesz się co to jest rozkaz i jakie są konsekwencje niesubordynacji - odparł bezgłośnie Steven.
- Nawet, jeśli to co robisz jest niezgodne z prawdą? - nie dawał za wygraną Krukon.
- To był błąd.
- Błąd. I ty to nazywasz śmierć błędem? Brzydzę się tobą. Nie chcę z tobą rozmawiać!
- Czy tobie się podoba młoda Cooper'ówna?
- A co to ma do rzeczy?
- Trzymaj się od niej jak najdalej. Ona... Ta dziewczyna dla ciebie się nie nadaje. Nie jest niczego warta, jeśli wiesz co mam na myśli... Nie to co Amelia Black...
- Dajcie wy mi wszyscy święty spokój z Amelią! Nienawidzę jej! To jest najbardziej uprzedzona osoba jaką znam! Jest zawistna i odpychająca swoim zachowaniem!
Wybiegł z gabinetu, trzaskając drzwiami. Do oczu cisnęły mu się łzy. Nie potrafił się opanować. Czuł do siebie niechęć. To wszystko była jego wina. Nie miało tak być. Postanowił, że ten rok będzie inny. Spokojnie go ukończy, nie będzie wchodził w sprzeczki słowne z Amelią...
A tu jak na złość wszystko szło nie po jego myśli. Czy zła passa nigdy się nie skończy? A podobno wszystko ma swój początek i koniec...

Minęły dwa dni od rozmowy z ojcem. Tego poranka Brandona obudziło stukanie sowy w szybę okienną. Żaden z chłopaków, z którymi dzielił sypialnię, nie miał najmniejszej ochoty, aby wstać i wpuścić sówki do środka. W końcu Krukon zlitował się nad snem pozostałych współlokatorów, ponieważ i tak od godziny nie mógł na dłużej przymknąć oczu. Wstał, ubrawszy uprzednio ciepły, granatowy sweter i wpuścił szarą sówkę do środka. Dał jej przysmak przygotowany dla Otusa. Odczepił liścik, który został przywiązany do sówki i usiadł na łóżku. Okazało się, że był zaadresowany do niego. Po kremowym papierze odgadł, że nie jest to kolejny, anonimowy list miłosny, od których robiło mu się nie dobrze, a które zapełniały co każdy poranek jego kufer.
Rozwinął kartkę papieru:

"Przemyślałam sytuację i muszę przyznać, że miałeś rację w pewnej kwestii, jednak nic nie tłumaczy opuszczenia zajęć. W najbliższy weekend lepiej zrezygnuj z wypadu do Hogsmeade. Przez najbliższy tydzień o trzeciej po południu będziesz się stawiał w skrzydle szpitalnym. Pani Pomfrey bardzo się ucieszyła, iż znalazł się chętny, aby pomóc wszystkim poranionym.
Profesor M. McGonagall"

Brand usiadł na łóżku, nie wiedząc co myśleć o treści samego listu. Miał, co do tego szlabanu, pewne wątpliwości. Z jednej strony cieszył się, że to nie jest to kolejne czyszczenie zbroi lub strata czasu nad przepisywaniem jakichś bzdurnych zdań, które niczego nowego nie wnosiły do jego życia... Z drugiej zaś, obawiał się tych wizyt. Nie miał najmniejszej ochoty widzieć Emily niż to było konieczne.
Zresztą dziwił się, że dziewczyna tak długo przebywa w skrzydle. Przecież z tego co pamiętał Gryfonka, miała zaledwie kilka zadrapań... Nie był fachowym medykiem, ale na pierwszy rzut oka nie wyglądały na takie poważne.

Tego poranka jako pierwszy znalazł się w Wielkiej Sali na śniadaniu. Jeszcze nigdy nie przytrafiła mu się taka sytuacja. Rozejrzał się po sali. Było aż za cicho. Zawsze przyzwyczajony do porannego harmidru czy też rozmów, poczuł się nieswojo. Podszedł powolnym krokiem do stołu Krukonów i usiadł w swoim ulubionym siedzeniu. Tak, aby widzieć stół Gryffindoru. Złapał się na tym, że co chwilę spoglądał na miejsce, gdzie najczęściej siadała Emily.
W końcu nałożył na talerz smakowicie wyglądające i pachnące świeżością dwa tosty, które posmarował truskawkową marmoladą. Nie zdawał sobie sprawy z czasu spędzonego nad śniadaniem. Wszystkie czynności robił w totalnym amoku.
- Widzę, że jest z tobą trochę lepiej. Ostatnim razem, gdy rozmawialiśmy myślałem, że zabijesz mnie wzrokiem - delikatnie uśmiechając się, przysiadł się do Brandona, Michael. Miał na sobie ubrudzony strój Quidditcha. Jego policzki były delikatnie zaróżowione od zmęczenia i wiatru.
- Jak trening? - spytał Brand nie odrywając wzroku od soku z dyni, który jakiś czas temu sobie nalał.
- Całkiem dobrze. Bardzo przydały się nam twoje notatki. Chciałbym, abyś jeszcze kiedyś wpadł do nas na trening. Nie jestem pewien czy robimy wszystko tak jak nam to opisałeś...
- Nie ma sprawy - odparł starszy Krukon nie odrywając wzroku od szklanki, którą teraz obracał w dłoniach.
- Naprawdę?
- Dostałem szlaban od McGonagall... - zaczął nie wiedzieć czemu Brand, tym razem mieszając sok srebrna łyżeczką od herbaty.
- C-co? Ale dlaczego? Chyba nie posądziła ciebie o te ataki? - dopytywał się Michael, nakładając na talerz sporą porcję jajecznicy.
- Początkowo tak sądziła, ale szlaban dostałem za coś innego. Nieważne. To tylko tydzień. Jak się czuje Emily? - próbował zmienić temat.
- Chyba sam powinieneś sprawdzić. Pytała o ciebie.
- Nie ma sprawy. Odbywam szlaban w skrzydle...
- Naprawdę?
- A ty co dziś tak nie dowierzasz? - na twarzy Branda pojawił się delikatny uśmiech. Chyba właśnie tego potrzebował. Chwili relaksu, dzięki której mógłby się odprężyć.
Nagle ich rozmowę przerwał dyrektor, który podszedł na podwyższenie. Sala raptownie przycichła.
- Zapewne wszyscy już wiedzą, że ostatnio zdarzyło się w szkole parę incydentów, których sprawcami było kilkoro starszych uczniów - tu spojrzał w kierunku stołu Ślizgonów. Dopiero teraz Brand zauważył, że Amelia miała zapuchnięte oczy, zapewne od długiego płaczu. Włosy nie były, tak jak zwykle, idealnie uczesane... - W związku z tym, ci którzy na to zasłużyli, ponieśli już odpowiednią karę. Natomiast razem z nauczycielami doszliśmy do wniosku, widząc wasz zapał do pojedynkowania się, postanowiliśmy otworzyć klub. Wszyscy chętni mają się wpisać na liście umieszczonej na tablicy ogłoszeń w każdym z domów. To tyle. Zmiatajcie na lekcje.
- Co o tym myślisz? Zapisujesz się?
- Jeszcze nie wiem.
Brand wstał i szybkim krokiem ruszył pod salę, gdzie miała się odbywać obrona przed czarną magią.

Corliss H. Dove 9 03 09 / 00:59:20 [Powrót] Komentuj


Jeden błąd:
'Nie miał najmniejszej ochoty widzieć Emily niż to było konieczne.' coś się zjadło w tym zdaniu. Oo

Rozdział:
Coś mi się wydaje, że Ślizgoni maczali palce w wypadku Emily. A dokładniej rzecz biorąc, że Amelia.
A jeszcze dokładniej, że któryś ze Ślizgonów wypił eliksir wielosokowy. O.

Co do Brandona... Boże, mam tak samo. -- Też nie pamiętam imion i nazwisk ludzi, z którymi jestem w grupie. (znaczy: większej części nie pamiętam. Tej, która mnie ignoruje i którą ignoruję ja)
Ojciec Brandona jest dziwny. Nie wiem, czy się stara, czy chce się starać, żeby być dobrym ojcem. --
A nawet jeśli się stara to idzie mu to tak nieporadnie, że szkoda słów.
'Myślałem, że się ucieszysz...' Łał. No, ale tak jest zazwyczaj. --
(zero zdania, zero entuzjazmu)

I nareszcie! Nareszcie się Amelii oberwało! ^^
(dobra, wiem, nie powinnam się z tego cieszyć, ale...)
Bies 28 04 09 / 10:39:08
brak www IP: 213.158.196.84

Jak zwykle- świetnie. Pozostaje czekać na część 10.
Pozdrawiam
Bebe
Bebe 23 03 09 / 18:47:57
http://wieksze-dobro.blog4u.pl IP: zalogowany



Credits:
Wykonanie: Corliss H. Dove ©
Photo: fickr.com
Tekst: Alex Band "Last Goodbye"
Szablon przystosowany do rozdzielczości 1024x768 oraz do FireFox'a. Nie odpowiadam za to, co dzieje się w IE.
Bardzo proszę o nie kopiowanie zawartości bloga oraz szaty graficznej.

księgapowiadomień

Jeśli ktokolwiek chce być powiadamiany o kolejnych częściach, niech niezwłocznie dokona wpisu w księdze.
Poświęcenie pięciu minut naprawdę ułatwi mi dotarcie do wszystkich, którzy tego pragną.

Wpisu należy dokonywać: tutaj.

Krótkoo mnie

Studentka. 21. Rak. Polska.
Like: old movies, indie rock, Johnny Depp, strawberry, vanilla, shisha^^, True Blood, A. Skarsgard, Sweden, Spain, swing, jazz, M. Buble, Q. Tarantino, J. Zerbin, write, sleep, art, P. Starck, P. Urquiolla, K. Rashid, architecture, languages, Happysad, M. Dorociński, House M.D., Grey's Anatomy, Private Practice, old vinyl, vintage style, mountains, Cracov...
Dislike: onion, jealous people, commerce, parsley, people, who kills animals, sea...
Worry: water, spiders, future, old age, death...

  Taka właśnie jest Corliss H. Dove

Elitapisząco-czytająca

Krótkieinformacje

  Przeczytało: 18436

  Następny rozdział zaplanowano: 26.04

  Dodaj do ulubionych

Rozdziałyopowiadania

Część pierwsza dostępna na moim chomiku pod adresem: TUTAJ, gdzie znajduje się mój chomik.

Część druga:

01. Rozdział 1

02. Rozdział 2

03. Rozdział 3

04. Rozdział 4

05. Rozdział 5

06. Rozdział 6

07. Rozdział 7

08. Rozdział 8

Moiulubieni